Dziecko, Psychologia

Nietolerancja laktozy i skaza białkowa czy to jest to samo?

Na początku chciałam odpowiedzieć na pytanie zadane w temacie, żeby mógł być lepiej rozumiany od początku. Nietolerancja laktozy i skaza białkowa to dwa zupełnie różne stany chorobowe, mogące występować wspólnie, ale niekoniecznie. Nietolerancja może okazać się alergią, natomiast nie musi – mogą to być tylko przejściowe problemy w trawienne. To tyle z teorii…

Druga bardzo ważna sprawa. Laktoza to cukier, nie białko, jest ZAWSZE składnikiem mleka kobiecego oraz krowiego, natomiast białko występuje w nabiale i dlatego też, gdy nie będziemy go spożywać to nie będzie występować naszym mleku. Dlaczego to tak podkreślam, ponieważ nietolerancja lazktozy oraz skaza białkowa jest bardzo często mylona, nawet przez lekarzy. Spotykałam się kiedys z wyznaniem typu: „mój syn też miał celiakię i był na mleku dla alergików” – to prawie szczęka mi opadła do podłogi, naprawdę uwieżcie mi, kosmos, bo celiakia to jeszcze coś innego i owszem mógł pić mleko dla alergików, ale celiakia nie mogła być wykryta w wieku 2 miesięcy.

Nietolerancja laktozy – nie można karmić piersią, skaza białkowa – wystarczy przejść na dietę.

Z nietolerancją laktozy i białka mleka krowiego u niemowlaka zmagaliśmy się już przy pierwszym dziecku. Dla młodej matki to był istny koszmar, którego omal nie przypłaciliśmy rozpadem małżeństwa. Ktoś może zapytać, jak to jest  w ogóle możliwe… a jednak – stres, nerwy, a później depresja to takie banalne.

Pierwszym symptomem nietolerancji było ulewanie pokarmu przez synka, nazwali go na oddziale neonatologii: „ten ulewający” na początku było to nawet śmieszne, taki mały, a już ma ksywkę, jest niepowtarzalny, położne go kojarzą po nazwisku. Jednak po powrocie do domu, z dnia na dzień, gdy zwiększana była ilość podawanego pokarmu, zwiększała się też ilość pokarmu, którą ulewał. W 10 dobie, gdy pojechaliśmy na badania patronażowe okazało się, że przybiera za mało… no i zaczęło się – świat zwariował.

Na początku podjęliśmy się różnych metod walki z ulewaniem, ściąganie mleka z piersi – bo może za duże ciśnienie, bo może pokarm za rzadki, a może łyka za dużo powietrza, potem dawaliśmy mleko modyfikowane, bo jest troszkę gęstsze… też nic. Z czasem przeszliśmy całkowicie na mleko modyfikowane i w końcu zaczął przybierać na wadze… uff, ale i tak ulewanie było wszechobecne, przed jedzeniem, po jedzeniu, w trakcie, kleks na podłodze, na łóżku na prześcieradle i na kołdrze. Przebierałam go kilka razy dziennie, (jak nie kilkanaście – bo i takie dni się pewnie zdarzały), miałam w użyciu z 60 pieluch tetrowych.

W drugim miesiącu życia pediatra pozwolił mi zagęszczać mleko kleikiem ryżowym, jednak nie przyniosło to spektakularnego rezultatu, w sumie zero efektu i jeszcze wysypę dostał. Następnie dokopałam się wreszcie w internecie do preparatu zagęszczającego Nutriton  – tutaj sobie możecie zobaczyć artykuł. No i o zgrozo pomógł, wreszcie coś ruszyło, ale wręcz przeciwnie zostało na miejscu. Syn od tej pory ulewał okazjonalnie do około siódmego miesiąca życia.

Przez okres tych dwóch pierwszych miesięcy życia Bulion (taka odmatczyna ksywka) dawał nam delikatnie do zrozumienia, że mleko, które dostawał, nie do końca mu służy – miał zagazowany brzuszek, wzdęty, natomiast kupki były śluzowate i grudkowate (nie miały jednej konsystensji), przy osłuchiwaniu, lekarz słyszał, że w brzuszku się przelewa. Z czasem zaczął robić zielone kupki, a po dwóch dniach, pokazały się w nich także krwinki. Trafiliśmy do szpitala, gdzie lekarz przepisał nam preparat mlekozastępczy, NUTRAMIGEN. O fuj… takie śmierdzące coś, w smaku ochydne, ja nie wiem jak dzieci mogą to jeść.

Druga ciąża, druga cesarka, drugie dziecko. Planowałam sobie, że córeczkę to już NA PEWNO będę karmić piersią, bo z pewnością nie będzie jej nic dolegać… i że od razu przyniosą mi dziecko po porodzie, przyłożę je do piersi i nic mi w tym nie przeszkodzi… błąd… no bo tak samo ma problemy z trawieniem i karmiłam ją tylko dwa miesiące, a i pierwszej nocy nie przynieśli mi jej, bo musiała zostać na oddziale. Moja wyobraźnia zabrnęła troszkę za daleko w tym przypadku – wiadomo można wizualizować sobie niektóre rzeczy, ale niekoniecznie się one materialiozować. Wszystkie objawy powtórzyły się i w tym przypadku, ale dzięki temu, że nie było to nasze pierwsze dziecko, wiedzieliśmy co mamy robić, oszedziło nam to z pewnością dużo niepotrzebnego stresu.

O objawach nietolerancji laktozy i skazy białkowej możecie poczytac sobie tutaj.

Zdjęcia na bloga robię sama – jest to moja pasja. Będę cała happy za lajka 🙂