Dziecko, Psychologia, skok rozwojowy

I nawet do kibelka nie mogłam iść sama…

Tydzień za tygodniem niesie nowe niespodzianki, czasem dobre, ale niekiedy, aż włos się jeży na głowie od nadmiaru hormonu stresu w moim organizmie. Ostatnio, moja Królowa przez większość czasu byla niezadowolona i sama nie wiedziała czego chce, zrzucałam to oczywiście na zęby, no bo o cóż innego może takiemu maluchowi chodzić… a za high need baby to nigdy jej nie uważałam.

Drzemki Nel trwały chwilunię, może pół godzinki, ale były częste, niekiedy poprzedzone napadami silnego płaczu typu: NIE KŁADŹ MNIE, NIE PÓJDĘ SPAĆ, DAJ MI SPOKÓJ (jestem prawie dorosła!). Można oszaleć! Osobiście uważam, że matki po macierzyńskim powinny przechodzić przymusową psychoterapię. Może trzeba zrobić koło SMP (Sfrustrowanych Matek Polek)… to taki mój pomysł, ale pewnie ktoś już na to wpadł, skoro ludzie biorą śluby sami ze sobą, to dlaczego takiego koła miałoby nie być.

Po drugie nie przejadała swoich racji żywieniowych, biorąc pod uwagę to, że do łakomczuchów raczej jej nie zaliczam, to jej apetyt także nie był na wysokim poziomie. Próbowałam dawać jej przecierki domowe, ze słoiczka, kaszki, owocki i nic. Wszystkim pluła i dławiła się, nawet miałam wrażenie, że robi to celowo, ale taka przebiegłość póki co to jednak cecha Julka. Dzień w dzień próbowałam i odpuszczałam, bo nie chciałam, żeby zraziła się do jedzenia na całe życie. Niestety z Julkiem zrobiłam ten błąd i wpychałam mu jedzenie czy chciał, czy nie, bo uważałam, że przecież zjeść musi, inaczej umrze z głodu. To takie głupie podejście, bo teraz lubi tylko ser żółty i parówki.

Ponadto dyndała bezwładnie na szyi matki przez cały dzień, nawet w kibelku. Nie chciała siedzieć w bujaczku, bawić się na podłodze, na macie, w wózku, NIGDZIE. A Matka – Pani Domu miała potrzebę, chociaż jakąś strawę ugotować dla siebie i męża, COKOLWIEK zjeść, skoro Królowa nie chciała, to wydawać by się mogło, że my też nie powinniśmy. Co nie? No i tak trwał ten kryzys kilka dni… na szczęście pod koniec tygodnia mogłam oddać Królową w dobre ręce, jej własnego taty i pojechałam na długo oczekiwane odczulanie. (żeby  się cieszyć z odczulania to już jest szczyt). Uff. Po powrocie dowiedziałam się, że wcale „nie przesadzam i mam rację” – słowa Pana Domu, wyjęte prosto w gardła i zapisane na stronach tego postu, żeby nie uleciały z pamięci – bardzo delikatnie połechtały moje ego.

Jak to jest z tym skokiem rozwojowym?

-Dziecko zaczyna różnicę między bliskimi a obcymi ludzmi.
-Obawia się rozstania z rodzicami, lubi mieć mamę w zasięgu wzroku – lęk separacyjny (stąd to wiszenie na szyi, nawet w toalecie!)
-Rozwój motoryczny postępuje (interesuje się metką od zabawki, zrzuca zabawki, uderza jedną o drugą, chwyta kciukiem i palcem wskazującym jednocześnie).
-Niechęć do jedzenia (u nas bardzo duża niechęć).
-Problemy ze spaniem (u nas problem z drzemkami w nocy na szczęście spała).

Wrócę jeszcze na chwilkę do swojej osoby… bardzo dobrze jest, jeżeli w takich chwilach kryzysowych, ktokolwiek, powtarzam ktokolwiek BABCIA, DZIADEK, CIOCIA, SIOSTRA, NIANIA, zajmie się dzieckiem, chociaż na godzinkę. I nie brońmy się przed tym (ja zawsze się broniłam) no bo jak to mam zostawić dziecko z kimś i sama robić nie wiadomo co… leżeć, iść na zakupy, ja? Matka polka?! A TAK! IDĘ! Teraz piszę o tym prześmiewczo, ale w rzeczywistości tak łatwo to nie jest… dzieci uczą cierpliwości najlepiej na świecie. I taka mała, malutka godzinka potrafi czynić cuda.