Wyjazd w długą i męczącą podróż z dzieckiem, niektórym, i nie ukrywam dla mnie też, kojarzy się z pracą w kamieniołomie… ale i psychika się tak umęczy, że przez kilka najbliższych dni nie mamy chęci podejmowania jakiejkolwiek życiowej akcji. Powtarzając sobie w głowie „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni” i co dziesięć sekund patrząc na zegarek, marzyłam, żeby przenieść się w czasie i już być na miejscu.

Jedni zapytaliby, po co się tak męczyć? Drudzy, po co się tam pchać w ten pustynny upał? Ale ja miałam tylko jedno w głowie, że muszę tam pojechać. Koniec i kropka, bez gadania.

Husband Said Yes

Mój mąż nie miał nic przeciwko, bo chyba sam w to nie wierzył, że wyjadę z dzieckiem do „krainy mlekiem i miodem płynącej” i że będzie mi się chciało wypełniać te wszystkie papiery, załatwiać dokumenty u notariusza, zaświadczenia o żywieniu dziecka, bilety i „kupę” innych dziwnych spraw. Jak sam stwierdził, myślał, że w końcu odpuszczę, nie radząc sobie z natłokiem spraw do ogarnięcia. Zwykle to on planował wszystkie ważne sprawy dotyczące podróżowania, a ja mogłam sobie docelowo ponarzekać.  Jednak, gdy dostałyśmy wizy (co dla mnie było najbardziej pracochłonne), jego punkt widzenia wyraźnie się zmienił, ewoluował i zrozumiał, że się nie poddam. A i poza tym… wydaje mi się, że wizja przespanych nocy w okresie mojej nieobecności znacznie go radowała, mimo że nie miał w zwyczaju wstawać do Nel (i tutaj będzie obraza majestatu! – no dobra czasem wstawał!), to jednak komfort psychiczny był dla niego jak prezent urodzinowy, którego mu w tym roku nie kupię (nie ukrywam, dla mnie też by był!). Po moim powrocie „przyznał bez bicia”, iż zupełnie zapomniał, jak to jest mieć niemowlaka w domu. Umęczyłam się podwójnie, bo trafiło się nam bolesne ząbkowanie – czwórkami zęby szły (góra, dół!) – na obcej ziemi. Piszę nam, bo ja może nie byłam w epicentrum, ale bezpośrednio odczułam trzęsienie ziemi.

Marzenia, które starałam się urealnić, wymagały wielkiej dawki energii każdego dnia – slalom między pracą, dziećmi, sprzątaniem, prasowaniem, zakupami i potem jeszcze stres w trakcie podróży, ale my kobiety musimy stawiać na swoim, prawda?

Viva Las Vegas

No, ale tak… wracając do podróżowania… Moja siostra mieszka w Las Vegas… Nooo… ile razy ja słyszałam: „Ale Ty masz fajnie, pewnie co roku tam jeździsz na wakacje?!”. Hmm… głupio się przyznać, bo nigdy tam nie byłam i nawet o tym nie pomyślałam, zawsze coś… tu szkoła, praca, miłość, ślub, dzieci, jakoś nie było okazji, ale jestem zdania, że na wszystko jest ten najwłaściwszy moment, tak i dla mnie, trochę paradoksalnie, najwłaściwszym momentem była podróż z moim dzieckiem, no i trzeba przyznać, że taka wyprawa jest zabójczo droga, ale moja tęsknota i chęć zobaczenia moich bliskich w ich własnym środowisku była dużo większa.

On My Way

Mimo że udało mi się zwerbować do wyjazdu również moją mamę, w której miałam nadzieję pomocy, to w samolocie spotkało mnie coś niewiarygodnego, albo raczej ktoś. Człowiek ten spadł mi z nieba, na wielkiej kuli ognia, bo nasza znajomość zaczęła się walką o tajemniczy zwój, którym było siedzenie po lewej. Moja wrodzona wredota niestety czasem wychodzi ze mnie i potrafię zrobić problem z niczego, ale proszę, nie krytykujcie mnie za to, bo pracuję nad tym. Ów Węgier (moja krew! – o tym też kiedyś napiszę), okazał się najprawdziwszym aniołem… choć na pierwszy rzut oka, nie wydał mi się ani trochę sympatyczny, to przez co najmniej połowę lotu z Warszawy do Los Angeles zajmował się Nesesitą, jak swoim własnym dzieckiem. Wizualnie trochę przypominał mi mojego tatę, więc może dlatego tak do niego lgnęła. Nosił ją, bawił się z nią, spacerował po samolocie, przytulał. Nel pod koniec lotu mówiła do niego „TATA” (i tu nie ściemniam, najprawdziwsza prawda!) i przytulała się do niego, jakby znała go miliony lat. Skąd tyle empatii w tym człowieku, on chyba mógłby obdarować nią połowę ludzkości. Teraz żałuję, bo nie mam jak się z nim skontaktować. Może któraś z Was go zna?

In The Sky / Car

Jako że leciałyśmy w dzień, Nel nie miała najmniejszej ochoty spać. Chwileczkę podrzemała w Warszawie na lotnisku oraz 45 minut w samolocie rejsowym. Basecik był już na nią kusawy (do ok. 9 kg), więc obudziła się od razu, po chęci zmiany pozycji, a że „kuperek” jej jest bardzo niespokojny, to tak przez całą podróż była bardzo ciekawa świata.

Nesesita jeszcze nie chodziła samodzielnie, miała niespełna 10 miesięcy i dwa zęby, więc to był ostatni moment, żeby skorzystać z kołyski w samolocie. Leciałyśmy Lotem z Krakowa do Los Angeles, z jedną przesiadką (1 h 40 min) w Warszawie, natomiast do Los Angeles przyjechał po nas mój szwagier, aby osiągnąć cel podróży, czyli Królestwo Hazardu jechaliśmy w największych korkach Kalifornii… Wreszcie po kilku przystankach na karmienie, jednym hamburgerze i belgijskich (o dziwo!) frytkach oraz oswajaniu się zapachem pustynnego powietrza, pomieszanego z zapachem miazmatu od długopisu, wypisującego mandat za przekroczenie prędkości, po dobie podróży… tak, tak… prawie po 24 godzinach przybyłyśmy na miejsce. Uff, po takiej przygodzie to już nie mam wątpliwości, dam sobie radę w każdej sytuacji.

Few Words

Zawsze kusiła mnie obczyzna, oglądanie cudów techniki, te nieprawdopodobnie naturalne piękne miejsca, to jak żyją inni ludzie – ich kultura i sposób porozumiewania się, ten przepych i prostota zarazem. Postaram się opisać całą naszą podróż, moje wrażenia, a szczególnie moje przemyślenia na miejscu w kolejnych postach. Chciałabym, żeby kiedyś moje dzieci przeczytały moje „najszczersze wywody”, zwłaszcza wtedy jak będą mówić: „Ja już jestem dorosła i mam 18 lat” – więc jak to dzieci czytacie, to wiedzcie, że dorosłe to Wy dla mnie nigdy nie będziecie. I choć nie miałam, aż tyle siły, żeby wszystko nagrywać i robić niezliczoną ilość zdjęć, na przykład: jak uciekam przed krową na pustyni (z czego moja siostra śmiała się do rozpuku!), to chcę udokumentować  ten wyjazd, póki go jeszcze pamiętam.

P.S. I siostrzyczko moja kochana, ja jeszcze dobrze z Polski nie wyjechałam, a już płakałam, że znów będę musiała Cię zostawić, tak bardzo za Tobą tęsknię.

Leave a Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *